wardakowie

Artykuły

Czy miłość małżeńska musi się zestarzeć?

„Czy miłość małżeńska musi się zestarzeć???"

- wywiad dla Biuletynu Parafii w Józefowie (24.02.2012)

Marek Bosak: 25 lutego odbędzie się u nas w parafii wykład pt. „Czy miłość małżeńska musi się zestarzeć???”. Proszę powiedzieć dla kogo jest to spotkanie i czy jeżeli ktoś uważa, że kocha swoją żonę albo męża to nie musi chodzić na takie wykłady?

Janusz Wardak: To jest wykład dla wszystkich małżonków, nie dla osób, które przeżywają jakieś szczególne trudności w małżeństwie. Miłość małżeńska zawsze wymaga odświeżania i tego, żeby nad nią pracować. Kiedy nad nią nie pracujemy, to ona w naturalny sposób obumiera. Miłość nie jest stanem statycznym, który jest zastany i  jednym się udaje kochać a innym nie. To jest wynik naszego wysiłku i naszego starania. W każdym wieku i z każdym stażem małżeńskim musimy ten wysiłek podejmować.

W Pana działalności spotkał się Pan z dużą liczbą małżeństw szczęśliwych, ale na pewno wiele było też takich, które uważają, że ich miłość się wypaliła, że już się kochają. Może Pan podać parę cech wspólnych, charakterystycznych dla małżeństw, które przeżyły ze sobą długie lata i cały czas są szczęśliwe?

 

Jest wiele elementów, które powodują, że miłość jest cały czas świeża i atrakcyjna. To co jest istotne to, że oboje małżonkowie stawiają relację między sobą na pierwszym miejscu, przed wszystkimi innymi osobami i sprawami. Dla osób wierzących na pierwszym miejscu powinien być Bóg, ale już na drugim zawsze mąż lub żona. Jeżeli na drugim miejscu są dzieci, praca, znajomi, albo cokolwiek innego, to jest to bardzo trudne albo wręcz niemożliwe, żeby miłość trwała. Druga sprawa bardzo istotna to jest pamiętanie o tym, że miłość to nie jest uczucie – rzecz emocjonalna, spontaniczna, która od nas nie zależy. Miłość zawiera pierwiastek emocjonalny, ale to nie jest istotą miłości. Trzeba rozumieć, że jeżeli mija pierwszy zapał to nie znaczy, że minęła miłość małżeńska, minął tylko pewien etap miłości małżeńskiej. Wtedy zaczyna się inny etap, nad którym trzeba bardziej pracować, ale on wcale nie jest gorszy. Większość życia małżeńskiego przeżywamy bez uczucia, które znamy z okresu narzeczeństwa. Jeszcze jedna bardzo istotna rzecz, to bycie przekonanym, że małżeństwo jest na zawsze. Trzeba mieć to zakodowane. Dzisiaj powszechna jest mentalność rozwodowa, myślenie, że w każdej chwili można się rozwieść. To bardzo dużo zmienia, od tego nastawienia bardzo dużo zależy. Jeżeli w ogóle dopuszczam taką opcję, to zupełnie inaczej traktuję swój związek. Możemy to porównać do mieszkania w domu własnym i wynajmowanym. Jeżeli mieszkam we własnym, będę o niego dbać, inwestować w niego i robić wszystko, żeby się nie zawalił. Na wynajmowanym nie będzie mi tak zależeć. Często spotykam się z takim podejściem, że ludzie boją się dawać sobie za dużo, bo nie są pewni, co z tego będzie. Bez dawania siebie do końca, nie da się budować małżeństwa.

Prowadzi Pan kursy w Akademii Familijnej, proszę powiedzieć na czym one polegają.

 

Jesteśmy z żoną moderatorami i pomagamy organizować Akademię. To są kursy dla rodziców i małżonków, które pomagają im być lepszymi w tych rolach. Kursy są prowadzone przez inne małżeństwa i rodziców, zawierają mało teorii, oparte są na metodzie analizy przypadku, czyli analizujemy konkretne historie, które się kiedyś wydarzyły w innych rodzinach. Analizując problemy i błędy innych, uczestnicy uczą się, jak nie popełniać tego typu błędów w swoim życiu. Jest to bardzo popularna metoda, stosowana szeroko w studiach biznesowych. Rocznie w Polsce z kursów w Akademii Familijnej korzysta około 250 małżeństw. Są to kursy dla rodziców dzieci w wieku 0-3 lata i 4-6 lat, od niedawna jest również kurs „Miłość małżeńska”,  w tym roku rozpoczniemy też kursy dla rodziców starszych dzieci. Zajęcia odbywają się między innymi w Józefowie i Falenicy. Zazwyczaj kursy zaczynają się jesienią, jeżeli będę chętni możemy również uruchomić też edycję wiosenną.

Panuje powszechne przekonanie, że najtrudniejszy w małżeństwie jest czas około 6-7 roku po ślubie. Czy Pan się z tym spotkał? Z czego to może wynikać?

Spotkałem się z taką teorią, chociaż dzisiaj obserwujemy falę rozwodów jeszcze wcześniejszych, około czwartego roku małżeństwa. W pierwszych latach zbiega się kilka rzeczy. Kończy się pierwsze zakochanie, musimy tę miłość na nowo budować. Jest to często okres, kiedy pojawiają się na świecie dzieci i to też wymaga budowania relacji na nowo. Jest to trudne, bo kobieta ma skłonność do dużej koncentracji na dzieciach, mężczyzna nie zawsze umie się w tym odnaleźć. Jeżeli małżonkowie wchodzą w małżeństwo z przekonaniem, że jakoś się wszystko ułoży, nie pracują nad swoją relacją. Do tego nie mają wsparcia innych, bo utrzymują coraz mniej kontaktu ze znajomi i rodziną, nie mają więc kogo zapytać o radę. To wszystko powoduje, że rzeczywiście przychodzi kryzys. Przy założeniu, że w małżeństwie zostaję tak długo jak mi się to opłaca, w tym momencie bilans wydaje się negatywny i ludzie uznają, że trzeba z niego „wyjść”.

Według najnowszych danych demograficznych, trend wzrostowy liczby urodzonych dzieci został przerwany i jesteśmy dalecy od sukcesu w tej kwestii. Jest Pan ojcem ośmiorga dzieci. Dla większości małżeństw w Polsce troje jest już heroizmem. Jakby Pan przekonał innych, że warto mieć dużo dzieci i nie oznacza to rezygnacji z większości życia.

Przede wszystkim duża liczba dzieci wcale nie oznacza braku czasu na inne rzeczy i czasu małżonków dla siebie nawzajem. W naszym małżeństwie tak nie jest, znajdujemy czas dla siebie i chociaż jest to trudne, musimy zawsze pamiętać, że jest to ogromnie ważne. Mówi się, że dzieci są owocem miłości rodziców. My się po prostu bardzo kochamy i mamy wiele owoców tej miłości, co nie oznacza naturalnie, że małżeństwa, które mają mniej dzieci, się nie kochają. Trzeba jednak wyjść z ram myślenia, że planujemy sobie dokładnie liczbę dzieci, bo ogranicza nas na przykład liczba miejsc w samochodzie albo liczba pokoi. Nie ma większej wartości niż życie ludzkie, nie możemy światu dać niczego lepszego niż kolejne dziecko, które będziemy dobrze wychowywać. Powodów, żeby mieć kolejne dziecko jest znacznie więcej niż tych, żeby ich nie mieć. Dlatego nie powinniśmy się zastanawiać, czy możemy mieć kolejne dziecko, tylko czy na pewno nie możemy mieć kolejnego. Jeśli nie ma poważnych, obiektywnych przeciwwskazań, takich jak głęboka nędza lub ciężka choroba, to powinniśmy być otwarci na życie. Jesteśmy z żoną głęboko przekonani, że dla rozwoju dzieci fakt, że ich jest dużo w rodzinie jest bardzo pozytywny. Od samego urodzenia uczą się tego, że w życiu trzeba się dzielić, że są pewne rzeczy, które są ograniczone. Wokół nich są osoby, które mają swoje potrzeby i z którymi muszą się liczyć. Kiedy niedawno urodził się nasz najmłodszy syn, pozostałe dzieci były naprawdę rozentuzjazmowane i z dumą opowiadały o tym w szkole. Obecność rodzeństwa trzeba też dzieciom przedstawiać jako coś pozytywnego. W naszym domu pojęcie nudy jest zupełnie obce. Argument, że duża rodzina wymusza pewne ograniczenia, jest argumentem pozytywnym. Dzisiaj problem jest zbyt duży konsumpcjonizm dzieci, które mają wszystko czego zapragną i z niczego nie muszą rezygnować. Wychowawczo jest to bardzo szkodliwe.

Sternik wypracował wiele inicjatyw, w ramach których rodzice mogą spędzać czas z dziećmi, albo razem ze sobą. Są to modele sprawdzone na całym świecie. Czy mógłby Pan przedstawić wybrane dwa, które można wdrożyć we własnym zakresie?

Jedną z inicjatyw regularnie stosowanych w naszych szkołach są wycieczki ojców i synów lub córek. Ważny jest indywidualny kontakt z tatą, bo z ojcami dzieci spędzają mniej czasu. Ojciec jest osobą, od której dzieci bardziej oczekują przygód, a on sam sprawdza się i dobrze czuje tej roli. Taka wycieczka może trwać nawet jeden dzień. Jeśli ojciec nie ma czasu, może zabrać syna w swoją podróż służbową, ważne, żeby spędzili czas razem. Druga rzecz, nie związana bezpośrednio ze szkołą, tylko z Akademią Familijną, to jest Szkoła Letnia Akademii Familijnej. To są wyjazdy tygodniowe dla całych rodzin, w wybrane miejsce w góry lub nad morze. Każdego dnia przez 2-3 godziny odbywają się warsztaty przygotowane przez grupę rodziców, pozostałą część dnia spędza się jak na zwykłych wakacjach. Można by pomyśleć, że wakacje są po to, żeby wypoczywać, a nie żeby się uczyć. Ale okazuje się, że te wyjazdy cieszą się bardzo dużą popularnością. Pozwala to też na zebranie grupy osób, z którymi będziemy pewni, że nasze dzieci przebywają w dobrym środowisku. Dzisiaj jest to trudne i bardzo ważne. My jeździmy z rodziną i przyjaciółmi co roku w to samo miejsce – do Białogóry nad Bałtykiem – i wcale nam się to nie nudzi, dzieci też czują się tam bardzo dobrze. Mamy poczucie dobrze wykorzystanego czasu i nawiązywania bliskich więzi z innymi.

Dziękuję za rozmowę.

 

 

Wdrożenie: Solmedia.pl