Czego się spodziewałeś?

Zdjęcie: Garrett Jackson, Unsplash

„A czego ty się spodziewałeś?” – to pytanie, które dość często zadaję naszym dzieciom. I nie jest to bynajmniej pytanie retoryczne, wyraz rodzicielskiej frustracji i bezradności, typu: „Kto zaczął?” albo: „Dlaczego znów go bijesz bez powodu? – na które nie otrzymamy raczej sensownej odpowiedzi i chyba nawet tego nie oczekujemy. „Czego się spodziewałeś?” – pytam, gdy 10-latek przybiega z płaczem, bo oberwał od 15-letniego brata, na którego rzucił się z pięściami (żeby było jasne, nie pochwalamy przemocy i starszy z synów też usłyszy na osobności kilka słów na temat panowania nad sobą i umiejętności dojrzałego rozwiązywania problemów). „Czego się spodziewałeś?” – pytam ośmiolatka, kiedy na pięć minut przed wyjściem do szkoły biega w panice po domu, szukając butów, które wczoraj rzucił nie wiadomo gdzie. Ostatnio znalazły się pod trampoliną, kompletnie przemoczone. Postawienie w takiej sytuacji pytania: „czego się spodziewałeś?”, uważne spojrzenie w oczy i zawieszenie na moment głosu służy stworzeniu dziecku przestrzeni do refleksji nad własnym postępowaniem i jego naturalnymi konsekwencjami. Wzbudzenie refleksji jest o wiele skuteczniejszym narzędziem wewnętrznej przemiany niż kazania czy pogadanki, które po pewnym czasie powodują jedynie „efekt cieknącej rynny”. Dla wielu rodziców jest to pierwszy kamień, o który się potykają, próbując iść na skróty. Jasne, że szybciej jest udzielić dziecku gotowej instrukcji, co powinno albo nie powinno robić, np. Na drugi raz stawiaj buty na miejscu! Tylko że takie rozwiązanie „instant” działa jedynie na powierzchni, nie przenikając w głąb, nie powoduje zatem trwałej (acz – nie łudźmy się – w większości przypadków powolnej) przemiany. Drugim śliskim kamieniem, na którym wykłada się spora grupa rodziców, jest nadmierne chronienie dzieci przed konsekwencjami błędów i zaniedbań. W pedagogice ukuto już nawet pojęcie „rodzice-kosiarki” określające tych, którzy spod stóp swych dzieci usiłują usunąć najmniejsze źdźbło. Tylko że nic nie uczy tak skutecznie, jak osobiste przeżycie i doświadczenie. Nie wziąłem kanapek, więc byłem głodny. Zapomniałem zeszytu, więc dostałem jedynkę. Grzebałem się, więc spóźniłem się na autobus. Zostawiłem buty na deszczu, więc idę do szkoły w mokrych (jeśli nie grozi to ciężkim przeziębieniem), ewentualnie sam muszę poszukać w garderobie innej pary. I nie jest to wcale pozostawienie dziecka samego z jego problemami ani przejaw braku rodzicielskiej troski. Przeciwnie – to właśnie wyraz naszej troski, aby w stosunkowo bezpieczny sposób nauczyło się roztropności, odpowiedzialności i przewidywania konsekwencji – umiejętności, bez których trudno poradzić sobie w dorosłym życiu. 

Anna Wardak

Felieton ukazał się w tygodniku “Idziemy”

0