Iskry i pożary

Zdjęcie: Carly Rae Hobbins, Unsplash

Lepiej jeśli rodzice zgodnie się w czymś mylą, niż jeśli kłócą się przy dzieciach – mawiał św. Josemaría Escrivá. Na pewno jest w tym dużo racji i nie ma wątpliwości, że byłoby idealnie, gdybyśmy wszystko zawsze mieli ustalone, zaplanowane i omówione; abyśmy nie musieli podejmować decyzji na gorąco i nigdy przy tym między nami nie zaiskrzyło. Niestety życie dalekie jest od lukrowanej wizji Dyzia Marzyciela. Już nie raz zdarzyło nam się pewnie posprzeczać przy dzieciach i raczej nie uda nam się uniknąć tego w przyszłości. Trudno, to jeszcze nie koniec świata. Chodzi jednak o to, aby starać się ograniczyć takie sytuacje do niezbędnego minimum, wyciągać z nich wnioski i nie potykać się wciąż o te same kamienie. Co zrobić, aby sprzeczać się rzadziej i mądrzej? Na pewno lepiej być proaktywnym i zapobiegać pożarom, niż wciąż tylko je gasić (gaszenie pożaru to przykład działania reaktywnego). Trzeba wychwycić potencjalne zarzewia, sytuacje generujące najwięcej konfliktów (Poranne wyjścia? Posiłki? Kładzenie dzieci? Odrabianie lekcji?). Warto zaplanować regularne (!) sesje małżeńskie, gdzie na spokojnie, bez presji czasu ustalamy zasady, podział zadań i zakres odpowiedzialności. Tematy notujemy sobie w międzyczasie, gdy tylko pojawi się myśl: „O, to musimy przegadać!”. Inaczej problem wyleci nam z głowy aż do czasu, gdy wróci w najgorszym możliwym momencie. Nie popełniajmy wciąż tych samych błędów: po każdej sprzeczce wracajmy na „miejsce zbrodni”, analizujmy, szukajmy korzeni (Dlaczego się spóźniamy? Bo za późno wstajemy. Dlaczego? Bo za późno kładziemy się spać. Dlaczego? Bo nie mamy planu na wieczór, jest chaos, dzieci buszują do północy. Wniosek: Żeby zdążyć rano, musimy lepiej planować wieczory etc.). Definiując problem, starajmy się szukać przyczyn, zamiast miotać się po powierzchni, odcinając odrastające głowy domowej Hydry. Szukając rozwiązań, dążmy do maksymalnej konkretyzacji: co, kiedy, kto za to odpowiada? Wtedy znacząco wzrośnie szansa powodzenia. Im więcej komunikacji proaktywnej: spokojnego planowania i ustalania, tym mniejsze zagrożenie pożarem. Trochę to wymagające, ale działa. Specjaliści twierdzą, że jeśli dzieci widzą nieraz (drobne!) konflikty między rodzicami,  uczy je to „zarządzania konfliktem”, tego, że nie oznacza on bynajmniej końca miłości; że czasem zaiskrzy, o coś się poróżnimy, ale potem przepraszamy, wybaczamy i idziemy razem dalej. Jeśli więc zdarzy się, że są świadkami spięcia między rodzicami, niech przynajmniej wyciągną z tego dobrą lekcję. Niech, patrząc na nas, uczą się również, co znaczy przeprosić, pogodzić się, wybaczyć. Niech widzą, że miłość pychą się nie unosi, nie pamięta złego i… że nigdy nie ustaje. 

Anna Wardak

Felieton ukazał się w tygodniku “Idziemy”

0